Pajęczarze i doliniarze

Kibitka

Pajęczarze, doliniarze polujący na dupniaki czy też inni złodzieje to stały obrazek XIX wiecznej Warszawy. Dowiedz się, co wnosili czy też wynosili z życia przeciętnego obywatela.


Według Tadeusza Korzona Polska była krajem o bardzo niskiej przestępczości: „Ani jeden transport w ciągu trzydziestu lat nie zginął; raz tylko była złupiona kasa egzekutorowi w Latyczynie przez hajdamaków nad granicą turecką.” Jako dowód wystarczy przytoczyć słowa profesora, który podróżował po naszym kraju w XVIII wieku. Jan Erich Biester: „Czy to we dnie, czy to w nocy podróżuje się w Polsce bardzo bezpiecznie; kilka tysięcy dukatów wozi kabrioletem jeden człowiek tam i z powrotem po kraju”. Wygląda na to, że korupcję i ogólnie pojętą przestępczość zawdzięczamy zaborom i skorumpowanej ówczesnej administracji.
Wpływ na coraz większą przestępczość w latach miało złe prawo, które nie stanowiło dla marginesu społeczeństwa większego zagrożenia. pewien herszt bandy zbójeckiej zapytany dlaczego popełniał tak wiele przestępstw odpowiedział:

Gdym się odważył na pierwszą złość, która śmiercią karana bywa, wiedząc o tym, iż jedną mam tylko głowę, którą mi za pierwszy występek utną, więcej mi złego uczynić nie mogą, choćbym najwięcej broił; śmiałom się więc odważał na wiele złości, które wszystkie już mi bezkarnie ujdą, utraciwszy głowę za jedną

Nie można mu odmówić logiki w  myśleniu.

Bez pałasza ani rusz

Czasy osiemnastowieczne były dla Warszawy na tyle niebezpieczne, że kronikarze zalecali spacerowiczom noszenie ze sobą pałaszu (broń sieczna). Na wypadek gdyby przestępca zarzucił na szyję stryczek. Starano się oczywiście poprawiać bezpieczeństwo obywateli. Godnym wspomnienia pomysłem było zatrudnienie latarników, czyli chłopców, którzy odpowiednimi latarkami oświetlali w nocy drogę przechodniom. Z racji niezbyt dobrego działania wymiaru prawa obywatele starali się radzić na własną rękę. Nierzadko, podczas przesłuchiwania, byli bardzo brutalni. Oto relacja jednego z podejrzanych:

założywszy postronek na szyję, do słupa przywiązali i wymagając koniecznie ode mnie, abym powiedział, żem skradł zegarek, świecą rozpaloną po ustach i ciele parzyli, przez co mi znaczną dziurę w nodze wypalili i przyprawili o to, że przez takowe w ustach świecą palenie mi i od stryczka na szyi głośne mówienie straciłem

Oczywiście radzono sobie także w inny sposób. Starano się działać na sumienie przestępcy poprzez wiadomości w gazetach. W marcu 1835 roku w jednej z gazet można było przeczytać:

„Wczoraj o godz. 10 rano kupującemu ryby na Starym Mieście KTOŚ wyciągnął z kieszeni kieskę. Było w niej 6 dukatów w złocie, jedna czy dwie niebieskie asygnaty po 5 zł i srebrną monetę zł kilka, była zrobiona z kordonku szydełkiem, nowa z girlandą, różowa. ŁASKAWY ZNALAZCA W CUDZEJ KIESZENI niech odda zgubę do Drukarni Kuriera, zatrzymawszy sobie monetę”

Chyba łatwo się domyślić ilu było łaskawych znalazców. Chociaż czasem zdarzało się, że wracały jakieś dokumenty, które były bez wartości dla „znalazcy”, a cenne dla poszkodowanego.

Nic dziwnego więc, że do sprzedaży wprowadzano urządzenia antyzłodziejskie. Jednym z nich zachwycał się Bolesław Prus w roku 1875.

U jednego z panów przedsiębiorców widział dwie następujące maszynki antyzłodziejskie: pierwsza była szufladką bez zamka, która (jeśli otworzy ją osoba nie znająca sekretów właściciela) ogłasza ten fakt dzwonieniem zdolnym obudzić umarłego; drugą jest przyrząd, który umieszczony przy drzwiach, w razie otwierania takowych przez złodziei ogłasza ten fakt dzwonieniem zdolnym zabić żyjącego

Guzik na dupniaku

Co ciekawe złodzieje wpływali także na modę. Udało im się wprowadzić guziki do tylnej kieszeni surdutów, które były nazywane „dupniakami”. Teoretycznie miało to stanowić utrudnienie dla przeciętnego złodziejaszka. Ale jak się okazało, na niewiele się to zdało. Do roku 1864 więźnia można było poznać po wypalonych na jego ciele literach PW, które oznaczały Polska, Warszawa. Zdarzało się także, że podczas wielokrotnego popełniania przestępstwa (czwarta kara) skazaniec miał mieć „na plecach odzieży przyszytą tablicę odmiennego koloru z liczbą 4 i nosić powróz na szyi do ubioru przyszyty jako znak, że za dopuszczeniem się raz zbrodni śmierć go czeka”

Kibitka

Uwaga na zabiegi

Pomysłowość złodziejaszków nie miała granic. Nie warto pisać tutaj o zwykłych „doliniarzach”, czyli kieszonkowcach, którzy sięgali do doliny czyli kieszeni. Należy wspomnieć raczej o pewnym złodzieju, któremu udało się ukraść mieszek ze złotem wprost z torby, która miała przekupka pod fartuchem. Cwany mężczyzna poprosił kobietę o wylanie sobie śmietany na plecy. Miało to pomóc na czyraki.

„Wówczas pacjent ukląkł i założył fartuchem Kacperkowej kołnierz ubrania, żeby nie poplamić śmietaną klapy marynarki. Zebrał się spory tłum gapiów, komentując z zainteresowaniem przebieg eksperymentu. Zarówno Kacperkowa jak i widzowie zbyt zajęci byli >>zabiegiem<<, żeby zauważyć manipulacje <<chorego>>, który wyciągnął spod fartucha torbę z pieniędzmi”

Łupem złodziei padała także bielizna. Owi „pajęczarze” zagarniali ubrania wprost ze strychów. XIX wieczni satyrycy dowcipnie uważali ich za „wyższe sfery złodziejskiego fachu” Tak naprawdę był to całkiem dobry interes. Zdarzały się skoki, które przynosiły szczęśliwym złodziejom nawet 150 rubli zysku.

Ucz się, ucz…

W jaki sposób złodzieje poznawali swój fach? Powstawały szkoły. W XIX wieku znany był niejaki H., który prowadził szkołę nowoczesną, bo koedukacyjną. Uczniami mogły zostać sieroty oraz dzieci złodziei, którzy odbywali karę. Według plotek uczono się znoszenia tortur, by nie sprzedać swoich towarzyszy w przypadku złapania. Bycia kieszonkowcem uczono się na manekinach pod okiem specjalisty, czyli wielokrotnego złodzieja.

Między nami, złodziejami

Przestępców obowiązywał swoisty kodeks. Każdy kto opuścił więzienie, mógł liczyć na dobre przyjęcie ze strony swoich kolegów. Człowieka, który dopiero co powrócił z miejsca odosobnienia, brano „na robotę” by mógł zarobić, a przy tym nie ryzykować za bardzo. Zdarzało się jednak, że kradzieże zdarzały się nawet wśród złodziei. Wtedy też złapany trafiał na sąd koleżeński, gdzie zapadały wyroki. Przykładowo: „oddasz mu tę sikorę (zegarek), albo zapłacisz tyle i tyle”. Zapadały też inne decyzje: „dasz mu dwa razy w mordę”

Literatura:

S. Milewski, Szemrane towarzystwo niegdysiejszej Warszawy, Warszawa 2009

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (2 votes cast)
Pajęczarze i doliniarze, 10.0 out of 10 based on 2 ratings
Ciekawe? Podziel się!
  • Wykop
  • Facebook
  • Twitter
  • Google Bookmarks
  • Google Buzz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.