Jak składano wizytę oficerowi. I umierano ze stresu przy okazji.

podporucznicy piechoty

Nie tak dawno mogliście przeczytać o etykiecie żołnierskiej i o paru zasadach, których trzeba było przestrzegać. Tym razem prezentuję tekst, który dobitnie pokazuje jak wielce stresowano się podczas odwiedzania przełożonych. Bohaterami są trzej oficerowie promowani w 1937 roku, którzy musieli złożyć wizytę admirałowi Józefowi Unrugowi. Wspomnienia zostały zamieszczone w „Naszych Sygnałach” w roku 1984. Dość wstępu, oddajmy głos żołnierzom.

 podporucznicy piechoty

„W wyznaczony czwartek, dzień, w którym pp. Unrugowie <<bywali po południu u siebie>>, założyliśmy, po dokładnym ogoleniu się, nowe śnieżnobiałe koszule, surduty i wszelkie potrzeby do <<stroju oficerskiego nr 3>> oraz świetnie wyczyszczone buty – naturalnie <<karierki>>, sprawdziliśmy pasy, kordziki, spinki, krawaty itp., czy wszystko jest w należytym porządku, ubraliśmy się w płaszcze, czapki na głowy, bez zawadiackiego fasonu <<na bakier>> – a każdy z nas włożył do kieszeni dwie wizytówki – następnie wolnym krokiem udaliśmy się <<do willi>>. Każdy z nas myślał tylko o jednym <<Czy Admirał będzie w domu?>>. Byliśmy w wielkim emocjonalnym napięciu, bo oto my, drobne kiełbie, mieliśmy za chwilę znaleźć się w obliczu <<szczupaka>>, twarzą w twarz i wobec tej wspaniałej Obecności zagrać rolę bywalców. Trudno właściwie sprecyzować bazę psychologiczną, ale każdy z nas miał solidną tremę, choć starał się tego nie okazywać. Choć szliśmy wolno – czas i przestrzeń były ściśle odmierzone i sprawdzone – znaleźliśmy się wreszcie przed drzwiami. Otworzyła je miła pokojówka i poprosiła o zdjęcie płaszczy. Drżącymi rękami wyjęliśmy wizytówki i położyliśmy je na srebrnym talerzu, stwierdzając z ulgą, że leżało tam już kilka innych. Ostatnie przygotowania, pasy, krawaty i.. tragedia! Staszek stwierdził, że jeden z tylnych guzików surduta oderwał się gdzieś po drodze. Chłopak momentalnie zmienił koloryt, a ja stwierdziłem dość przytomnie, że piegi nie wyglądają dobrze na bladozielonkawej twarzy. Trzeba było natychmiast coś postanowić. Byliśmy już na dobre unerwieni, ale nie wolno było tracić głowy. W rezultacie krótkiej i szeptanej narady ja miałem wejść pierwszy do salonu, za mną Staszek, którego tyły miał strategicznie zasłaniać Nikodem. Pokojówka czekała na nas przy otwartych drzwiach. Wchodząc, zauważyłem, że Admirała w pokoju nie było. Ulga!!! Zrobiłem parę kroków i usłyszałem za sobą łomot. Oto Staszek potknął się o dywanik i byłby upadł, gdyby nie Niki, który go podtrzymał. W saloniku zrobiła się cisza. Pani Zofia siedziała na kanapce z jakąś panią, na fotelach łysawy komandor i wąsaty pułkownik, na krzesełkach dwóch panów po cywilnemu. Po chwili ciszy przywitaliśmy się, wymieniając rangę i nazwisko, po czym pani Zofia poprosiła nas o zajęcie miejsc. Dwa krzesełka stały obok, jedno nieco dalej, przy oknie. Niki i ja złapaliśmy najbliższe nas Staś zaś posunął się bokiem (guzik!) i chwycił delikatne krzesełko za poręcz. Coś tam chrupnęło, coś zaskrzypiało, piegi stały się bardziej wyraziste, wreszcie usiadł, a że był dość korpulentny, więc wyglądało, jakby siadł <<półgębkiem>>. Ambarasującą ciszę przerwała pani Zofia pytaniem: <<Herbata czy kawa?>>, zwracając się do każdego z nas kolejno. Ponieważ Niki odpowiedział pierwszy <<dziękuję, kawa>>, nam nie pozostało nic innego, jak prosić o to samo, aby nie robić kłopotu gospodyni. Kłopot był, bo kawy starczyło tylko dla Nikodema i dla mnie, więc pani Zofia zadzwoniła, a gdy weszła pokojówka, poleciła jej przynieść więcej kawy. Rozpoczął się rytuał podwieczorku. Śliczne, porcelanowe filiżaneczki, spodki, talerzyki na ciasteczka, srebrne łyżeczki i widelczyki, i… duże sztywno wykrochmalone i w trójkąt złożone białe serwetki. Oto ogólna sytuacja: nie ma blisko nas stoliczka, ręce zajęte przyborami, a serwetka tak śliska jak poły surduta ma tendencję do zsuwania się z kolan. Ręce drżą, spodki i talerzyki ze srebrnymi łyżeczkami dzwonią. Aby łyknąć wspaniałej kawki, trzeba postawić talerzyk na stoliczku, ale by go dosięgnąć, trzeba się podnieść z krzesełka w jakimś dziwacznym półukłonie, a tu serwetka zsuwa się z kolan. Pokojówka podaje ciasteczka. O! Uwaga, szykuje się nowa tragedia! Niki i ja wzięliśmy pierwsze z brzegu, miękkie i pachnące czekoladowe torciki, Staszek wybrał jakieś małe, twarde ciastko biszkoptowe. Jak je nacisnął widelczykiem, biszkopt prysnął z talerzyka i wylądował na podłodze koło nóg pułkownika. Staszek, z twarzą o kontrastowych kolorach, musiał doznać szoku, bo gdy znów zapadła cisza, powiedział : <<Nie szkodzi!>> Jakoś zjawiło się drugie ciastko, tym razem miękkie, i od nowa rozpoczął się zawiły rytuał: kawa na stolik, w półzgiętej pozie (uwaga na serwetki), okruch ciastka do buzi, talerzyk z ciastkiem na stolik (serwetka!), kawa do ręki, ręce drżą, przybory dzwonią… i tak to szło, a to wszystko nie było łatwe. Naturalnie czas się wlókł niemiłosiernie. Nie pamiętam, o czym była rozmowa, ale pamiętam, że Niki i ja wzięliśmy w niej udział, wygłaszając zdania nie na temat, a nawet zaprzeczyliśmy czemuś jednemu z cywilnych panów. Niki bardzo dyskretnie spoglądał na zegarek i po chwili dał umówiony poprzednio znak. Kawa i nie dojedzone ciastka poszły na stolik. Serwetki też, i o to trzech podporuczników, nie bacząc na nie skończoną rozmowę, wstaje z krzesełek po dokładnie 15 minutach mordęgi i jeden po drugim mówi: <<Jak bardzo przyjemnie>> itd. Pani Zofia odpowiadała tymi samymi słowami, a siedząca obok niej pani uśmiechała się przyjemnie, komandor, pułkownik i obaj cywile grzecznie skłaniali głowy. W tym samym szyku torowym (ja, Staszek i Niki) udaliśmy się do drzwi, raz jeszcze stając <<na baczność>> i skłaniając głowy przed wyjściem… Po wyjściu z domu, żegnani uprzejmym uśmiechem pokojówki, zauważyliśmy w pełnym świetle dnia, że po piegowatej, ale już mniej zielonej twarzy Staszka spływały ogromne krople potu”

Zaczerpnięte z:

M. Barbasiewicz, Dobre maniery w przedwojennej Polsce, Warszawa 2012

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (4 votes cast)
Jak składano wizytę oficerowi. I umierano ze stresu przy okazji., 10.0 out of 10 based on 4 ratings
Ciekawe? Podziel się!
  • Wykop
  • Facebook
  • Twitter
  • Google Bookmarks
  • Google Buzz

2 thoughts on “Jak składano wizytę oficerowi. I umierano ze stresu przy okazji.

  1. To byli oficerowie nie żołnierze, a wizytę składali nie byle komu, tylko głównodowodzącemu całą polską marynarką wojenną. Żołnierzy (marynarzy) to by pewnie nie wpuszczono. Notabene Unrug etniczny Niemiec, w czasie I wojny światowej pływał na łodziach podwodnych, chciano go po wojnie sądzić za zbrodnie wojenne, ale on wbrew rodzinie zdecydował się na zostanie Polakiem. W 1939 rozmowy kapitulacyjne prowadził przez tłumacza (sic!), odsiedział wojnew oflagu, nie przyjmując wysokich stanowisk oferowanych mu w Kriegsmarine.

    VA:F [1.9.22_1171]
    Rating: 0 (from 0 votes)
  2. Co więcej, w oflagu nie mówił po niemiecku twierdząc, że 1 września 1939 roku zapomniał zupełnie tego języka.

    VA:F [1.9.22_1171]
    Rating: 0 (from 0 votes)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.